Hej, Mazury, Mazury!

Właściwie, to już jest po sezonie letnim. Nawet nie o to chodzi, że "od Anki - zimne wieczory i ranki", bo takie akurat nie są, ale cóż fajnego może nas jeszcze tego lata czekać? Nawet główna impreza "Dni i Noce Szczytna" minęła. Cóż więc pozostało? Powspominać.

* * *

Za dwa dni miało się odbyć wesele Józefa G. Po sąsiedzku. Rzeźnik już dwa tygodnie temu zrobił co trzeba, teraz w obu kuchniach krzątały się kucharki i gospodynie - pełne dwa domy bab! Tylko uciekać. Po raz ostatni, po kawalersku spędzić czas. Wyprawili się więc do sąsiedniej wsi. Przyszły pan młody, jego dwaj bracia, dwaj kumple. W sklepie GS-u kupili co trzeba, nawet jakieś dziewczyny przyłączyły się do nich. Śmiali się i bawili wesoło na małej leśnej plaży, z pomostem, z którego wcześniej przepędzili wędkarza. Nawet nie miał do nich pretensji. Jednym słowem ucieczka z domu przekształciła się w typowy wieczór kawalerski.

... Z pieca spadło

* * *

Roman T. był człowiekiem jeszcze młodym, ale odpowiedzialnym. Szybko więc zrobił karierę informatyka w poważnej zagranicznej firmie. Dużo zarabiał, ale czasu wydawać forsy nie miał, bo ponad wszystko kochał swoją pracę. Nawet nie myślał o urlopie. Wyobrażał sobie, że bez niego w firmie wszystko się zawali. Szefowie byli z tego faktu nawet zadowoleni. Przynajmniej na początku. W końcu jednak powiedzieli: dość. Urlopu nazbierało się przez cztery lata niemało i coś trzeba było z tym zrobić - wygnali więc swojego pracownika na wypoczynek. Początkowo nie był zadowolony, ale prędko znalazł dla siebie w internecie wygodny domek na Mazurach, wsiadł w dobry służbowy samochód i ruszył z Warszawy na północ. Nawet podróż miał świetną - zabrał z szosy cztery wesołe studentki-autostopowiczki, które chciały się dostać do Mrągowa. Jak to latem. Szczególnie jedna, ta co siedziała koło niego bardzo mu się spodobała. Pomyślał, że urlop to wcale nie taka straszna rzecz.

* * *

Marta i Helmut F. nie byli w Polsce od chwili wyjazdu, czyli od przeszło trzydziestu lat. Zostawili gospodarstwo i wyjechali. Mieli dość biedy i szykan. Ale nie było dnia, aby nie wspominali domu nad jeziorem w Ł. Tak się jednak składało, że nigdy nie udawało się rodzinnych stron odwiedzić. Najpierw trochę ze strachu i braku pieniędzy, potem jakiejś choroby, ale teraz, kiedy byli już starzy, także ich syn zapragnął odwiedzić rodzinne strony. Wsiedli więc w wygodne audi, zapakowali odpowiednie prezenty i ruszyli w drogę. Wiedzieli od znajomych, że ich domu już nie ma, że jakiś dygnitarz w latach siedemdziesiątych postawił tam okazałą willę, to ich jednak nie zrażało - pchała ich tęsknota. Szczególnie, że znajomi od kilku lat zapraszali.

* * *

Przyjechali do ośrodka w trzy młode, bezdzietne rodziny. Kiedy trochę ochłonęli po pierwszych dniach balowania, okazało się, że jeden z nich miał patent żeglarski, a przy pomoście bezczynnie bujały się na falach trzy omegi. Z wypożyczeniem żaglówek nie było problemu. Zabrali więc wszystko co trzeba na całodzienną wyprawę, otaklowali nawet dość sprawnie łajbę i hajda na wodę. Słoneczko lekko prażyło, wiaterek był w sam raz - nie za silny. Cóż więcej potrzeba do szczęścia?

* * *

Już od poniedziałku szykowali się na tę dyskotekę. Zawsze trzymali się razem, jak trzech muszkieterów. Szczególnie, że jeden z nich miał "malucha". Taki maluch to jest coś. Można obskoczyć nie tylko pobliskie, ale i dalsze wioski, w których co sobotę wieczór z głośników hen na jezioro i jeszcze dalej dudniły latynoskie rytmy. Na dodatek dziewczyny do samochodu zabierało się takie, jakie się chciało, bo dziewczyny też wolą wozić tyłki samochodem niż tytłać nogi w kurzu przydrożnych ścieżek. Ale ta dyskoteka była szczególna. Zabierali koleżanki z miasta, a to nie zdarzało się za często.

* * *

Jak każdy prawie pisarz jestem leniwy i mam zwyczaj zapisywania początków opowieści licząc na to, że kiedyś zbiorę się w sobie i zmuszę do ukończenia zaczętych opowiadań. A że w tym przypadku wszystkie one są prawdziwe i na dodatek związane z naszym miastem i jeziorem Kobylochą, przemóc wrodzone lenistwo przyszło mi dość łatwo. Kończę więc je, chociaż czynię to niechętnie.

Wieczór kawalerski Józefa G. skończył się w ten sposób, że bracia i koledzy przyszłego pana młodego postanowili nauczyć go pływać. Nie umiał i bał się wody. Taki był. Wrzucili go z pomostu na wodę, a że mieli wypite, jakoś o nim zapomnieli. Utopił się nie wiedzieć kiedy.

Zapracowany informatyk przez dwie godziny jazdy do Szczytna zakochał się na zabój w studentce. Teraz traci czas w przychodni rejonowej modląc się, by wirus hiv nie uaktywnił się, co po krótkim czasie może go całkowicie oderwać od ukochanych komputerów.

Marta i Helmut F. szczęśliwie i w zdrowiu dotarli do Szczytna. Ale do Ł. już nie. Bo w trakcie, kiedy jedli obiad w eleganckiej restauracji, ktoś ukradł im audi wraz z bagażami i podarunkami. Resztę urlopu spędzili złorzecząc i przeklinając pomysł odwiedzenia rodzinnych stron.

Amatorzy żeglugi, nie spodziewali się, że na Kobylosze może zerwać się nagle taki mocny wiatr, a oni jak to po pijaku, powpadają do wody dwa metry od brzegu w miejscu nazywanym "kuchnią", gdzie głębia sięga 5 metrów i się potopią.

O sześciorgu pijanych nastolatkach wracających z dyskoteki maluchem można było przeczytać w kronikach wypadków. Nikt z nich nie przeżył zderzenia z drzewem.

Skąd u mnie takie katastroficzne wspominki? Chyba wpłynęła na to ocena pierwszej połowy lata. Na szczęście póki się żyje wszystko jest jeszcze możliwe.

Marek Teschke

2003.08.06