"Wakacje dla swoich"

Droga Redakcjo

Bardzo mi się podobało zdjęcie "Janosika" (z trzeciej strony poprzedniego wydania "Kurka"), co to biednym zabiera, a bogatym daje. Choć w pierwszej chwili myślałem, że to odtwórca głównej roli z filmu "Flip i Flap". To oczywiście, sarkastyczny żart, tym bardziej, że okoliczności organizacji opisanych kolonii, nie do końca nastrajają żartobliwie, a raczej napawają zgrozą.

Znam osobiście wielu ludzi w Szczytnie, którzy "po znajomości" załatwiają wypoczynek dzieciom. Tyle tylko, że to szlachetna sprawa, bo namawiają tych, co mają i pieniądze, i możliwości, żeby choć na trochę wyrwali z rodzin czy z domów dziecka młodych ludzi, którzy żadnej innej szansy na odrobinę normalności nie mają.

Powiatowe kolonie w Żywcu też, jak się okazuje, były zorganizowane według zasady "po znajomości", ale w sposób, który ze szlachetnością nie ma nic wspólnego. Za niewielkie ostatecznie pieniądze można było zapewnić wakacyjny wypoczynek na przykład dzieciom, których rodzice nie pracują. Nie mogą więc ponieść nawet tej niewielkiej opłaty i nie dostaną (jak to się ma w przypadku zakładu budżetowego, a takim jest starostwo), jeszcze refundacji z funduszu socjalnego.

Wstyd, panie starosto! Nie wiem, choć chciałbym wiedzieć, czy to pański pomysł, czy też indywidualna inicjatywa podległych panu pracowników. Jeśli to drugie, to przypuszczam, że poleci niejedna głowa, tym bardziej, że ostatnio swój stosunek do kompetencji i dyscypliny pracy podległych pracowników już pan wykazał. Jeśli zaś to pański pomysł i zalecenie, to wówczas moja ocena pańskiego intelektu będzie taka, jakiej premier Miller użył wobec posła Ziobro.

Gdyby pan starosta poczuł się urażony, to przypominam, że według wymiaru sprawiedliwości przypisanie skali (notabene zerowej) dla oceny czyjegoś intelektu nie jest ani obrazą, ani obelgą.

Na zakończenie wypada już tylko życzyć starostom i radnym powiatu szczycieńskiego, a także wszystkim urzędnikom wspaniałych wakacji, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku.

Krzysztof Wilczek

Szanowna Redakcjo,

W piątek 13 czerwca bardzo źle się poczułam. Wzięłam tabletkę na nadciśnienie, które mi dokucza, ale nie pomogła. Ponieważ mieszkam tuż obok przychodni Elmed przy ul. Nauczycielskiej, poszłam tam z prośbą o zbadanie ciśnienia. Pani w recepcji przeszła po kilku pokojach, do jednego mnie poprosiła i od razu stwierdziła, że aparat do ciśnienia jest zepsuty. Później dodała, że nie jestem pacjentką tej przychodni, więc nie może mi udzielić pomocy.

Mimo dużych zawrotów głowy jakoś dotarłam do pobliskiej apteki, gdzie mi to ciśnienie zmierzono bez pytania o to, czy np. leki kupuję w tej czy w innej placówce.

Nie rozumiem jak to jest, że liczy się zapis w rejestrach, a nie człowiek. Zmierzenie ciśnienia chyba nie jest bardzo kosztowne. Chciałam tylko upewnić się, czy nie dzieje się nic poważnego, co uzasadniałoby np. wezwanie pogotowia. Jestem rencistką i mam już swoje lata. Szkoda, że dożyłam czasów, gdy brakuje zwykłych odruchów ludzkiego współczucia i pomocy. Tylko pani w aptece dała mi nieco nadziei, że może jeszcze nie jest aż tak źle.

Franciszka Kuczyńska

Szczytno

2003.06.25