Spacer

Dopadł mnie jakiś złośliwy wirus grypy. Dopadł i trzyma. A że los bywa złośliwy, akurat pogoda zrobiła się wiosenna i słońce w południe praży już dość mocno. A skoro nie pomaga aspiryna, ziołowe herbatki, miód i w ogóle nic z domowych sposobów, postanowiłem leczenie powierzyć słońcu i mojemu wypróbowanemu lekarzowi jakim jest las - wybrałem się na spacer. Na polance dobrze nasłonecznionej i nagrzanej spotkałem znajomego leśnika-emeryta.

- Ale się porobiło! - zagadnąłem, by nawiązać rozmowę.

Popatrzył na mnie uważnie i ja na niego popatrzyłem. Jak zwykle błąkał się w jego oczach jakiś złośliwy chochlik:

- Nic się nie porobiło - powiedział. - To było. Tylko teraz wylazło szydło z worka. Nic tak się od razu nie dzieje. A w tym worze jeszcze niejedno się ukrywa.

- Więc co robić?

- Dzieci uczyć, wychowywać. Może one będą inne. Na tych drani już za późno.

- Ale co z Unią? Za trzy miesiące plebiscyt, a tu bałagan taki, że strach pomyśleć, co będzie.

- Strachu żadnego nie ma. Nie taki głupi nasz naród, jak się wydaje. Wystarczy, że sobie jedno uświadomi: kto będzie głosował za Unią, dostanie dopłatę, kto przeciw, dopłaty nie dostanie. Proste?

- Głosowanie będzie tajne, nie oddzieli tych "za" i tych "przeciw".

- Kto ich tam wie. Może mają swoje sposoby? Tak myślą na wsi. I co potem? Pójdą po dopłaty do Leppera? Albo do innych, co gardłują przeciw Unii? Może i chłopi są głupi, ale darmowych pieniędzy nikt nie będzie odrzucał. Aż tak im w głowie nikt nie namiesza.

Wywód leśnika-emeryta wydawał mi się logiczny. Rzeczywiście: kto nie chce dopłat z Unii - niech głosuje przeciw. I im dopłat nie dawać. Zostanie więcej dla tych, którzy są za. Temat plebiscytu miałem z głowy.

Leśnik jeszcze raz przyjrzał mi się uważnie.

- Grypa?

- Ano.

- Z klonu świeżego soku utoczyć, lipową herbatkę zaparzyć i na noc coś na rozgrzewkę. Trzy lekarstwa, jedno lepsze od drugiego. Choróbsko przejdzie jak ręką odjął. Niestety nie na wszystko lipowa herbatka pomoże. Trzeba bata i prokuratora. A głupoty to w ogóle wyleczyć się nie da. Chyba, że wypędzi ją batem.

- Może? - pomyślałem. - Jakby tak niektórym dobrze batem po plecach przyłożyć...

... Z pieca spadło

Okazja

Przeczytałem w "Kurku" artykuł redaktor Haliny Bielawskiej o pustostanach po upadłych fabrykach i zakładach. Tak tanich, że samemu miałoby się ochotę je kupić i coś z tym zrobić, choć co dla jednych tanio, to dla drugich nie za bardzo. Ale burmistrzowi się dziwię. Przecież taki nieduży budyneczek i to za 200 tysięcy, to manna z nieba. Nic tylko kupić, przystosować i schronisko dla bezdomnych jak znalazł. Podobno teraz mieści się w jakiejś suterenie i może pomieścić zaledwie kilka osób.

Nie widziałem tego budynku, nie policzyłem kosztów adaptacji, ale coś mi się wydaje, że to by się opłaciło. Na dodatek cała wiosna, lato i jesień przed nami. Czas dogodny na remont i zorganizowanie wszystkiego przed nadchodzącą zimą. Nawet bezrobotnych można by do takiej roboty nająć. A jeszcze lepiej fundację założyć, o pomoc do zamożniejszych się zwrócić. Z pewnością trochę by pomogli. Tylko trzeba chcieć.

Wierzę, że burmistrz czyta miejscową prasę i z rad redaktor Bielawskiej skorzysta. Bo prasa nie tylko krytykuje - czasami miewa też dobre pomysły.

Pomysł

Dlatego ja też postanowiłem "wychylić się" z pewnym pomysłem, chociaż nie wiem czy miejscowe władze sięgają aż do tak skromnych tekstów.

A pomysł zrodził się z przerażenia, co też na różnych wysokich szczeblach wyrabiają różni urzędnicy, chociaż podobno istnieje komisja, która przeprowadza egzaminy i nadaje odpowiednim ludziom certyfikaty "urzędników państwowych". Jaki mamy skutek - widzimy w telewizji. A ja mam pomysł, który by zapobiegł takim aferom na naszym powiatowym szczeblu. Niech powstanie komisja, która opracuje wymagania dla urzędników chcących pracować w naszych urzędach. Wymagania dla referentów, dla kierowników, dla naczelników. Proste i jasne: jakie dyplomy i wykształcenie, jakie języki, obsługa komputera i tak dalej. I podać to do publicznej wiadomości. Po roku (może dwóch) przeprowadzić odpowiednie egzaminy i nadawać certyfikaty, które mogą być podstawą do zatrudnienia. A już pracującym dać odpowiedni czas, aby takie egzaminy też mogli pozdawać. A nauczyć się niemieckiego czy angielskiego można nawet na dwa lata przed emeryturą. Nie takie to trudne. Takie certyfikaty to byłaby duża ulga dla władzy. Już jest z kogo wybierać, już konkursy na stanowiska nie rodzą żadnych wątpliwości, już stołków nie można rozdawać po znajomości, lub według własnego widzimisię.

A przy tym "Certyfikat Urzędnika Ziemi Szczycieńskiej" to brzmi dumnie. I nie ma podtekstów politycznych.

A o to chyba chodzi.

Marek Teschke

2003.04.01