Urodziny

Sam nie wiem jak to się stało, ale ani w poprzednim moim cyklu felietonów poświęconych znanym mi postaciom literatury, ani w obecnym, nie napisałem ani słowa o Karolu Wojtyle, czyli o papieżu Janie Pawle II. Po głębszym namyśle dochodzę do wniosku, że przyczyną tego była zwyczajna ludzka, a tym bardziej literacka obawa przed tym tematem. Teraz, z okazji jego 83. urodzin chciałbym trochę nadrobić tę zaległość, jako że mamy do czynienia z człowiekiem nieprzeciętnym i niewątpliwie jednym z najwybitniejszych Polaków w historii naszego narodu.

Na początku przyznam się, aby nie było wątpliwości, że nigdy z księdzem biskupem się nie spotkałem. Nawet wówczas, gdy został biskupem Rzymu i objął we władanie Stolicę Piotrową, ani też w czasie którejkolwiek z Jego wizyt w kraju. Co nie znaczy, że nie interesuję się tym co mówi, pisze i co robi nasz wielki rodak. W specjalnym koszyczku, w którym składamy z Basią drobiazgi bliskie naszemu sercu, trzymamy też śmieszną figurkę mnicha, którą podarował nam poeta Andrzej Szmidt po swoim powrocie z Rzymu, gdzie, wraz z całą redakcją warszawskiej "Więzi" został przyjęty przez Papieża na prywatnej audiencji. Niektórych Czytelników może też zdziwić fakt, że mimo licznych okazji nie uczestniczyłem w żadnym spotkaniu publicznym z Papieżem, chociaż mieszkając w Warszawie miałem po temu kilka okazji. Mogę to wytłumaczyć jedynie tym, że nie znoszę publicznych spędów. Mam, pochodzący z dzieciństwa, uraz do manifestacji. Starałem się (o ile było to tylko możliwe) nie uczestniczyć w różnych mnogich w tamtym okresie akademiach, manifestacjach, pochodach pierwszomajowych i temu podobnych. A spotkania wielomilionowego tłumu (przepraszam za porównanie) w czasie wspólnej mszy celebrowanej przez papieża takie manifestacje mi przypominały. I nic na to poradzić nie mogę. Uczciłem Jego wizyty na swój sposób, bardziej duchowy i intymny: między innymi czytając Jego poezję, a nawet jako redaktor redagując tomik Jego wierszy.

Nie pisałem o Karolu Wojtyle także dlatego, że przerastało to moje możliwości tak jak przerasta to możliwości wszystkich tych, którzy tak wiele o nim mówią i piszą. Dlatego w felietonie poświęconym Jego Osobie, zajmę się drobnym przyczynkiem, jak mawia się w publicystyce literackiej, a nie Nim samym bezpośrednio.

... Z pieca spadło

Chwała...

Katolicy znają ową krótką modlitwę, czy pozdrowienie, a niewierzącym ją przytoczę, aby wiedzieli, o czym piszę. Brzmi ona "Chwała na wysokościach Bogu, a na ziemi pokój ludziom dobrej woli". Jest to fragment hymnu, będącego częścią mszy św., odmawianego (lub śpiewanego) w każde święto i niedzielę w kościele poza Adwentem i Wielkim Postem. Zrozumienie tego tekstu nie powinno nastręczać większych trudności, chociaż...

Wierzący nie zastanawiają się nad pierwszą częścią zdania przytoczonego tekstu, gdyż jest zrozumiały. Dla niewierzących sprawa jest również prosta, bo skoro nie ma Boga?... Ja jednak zatrzymam się na chwilę, by uprzytomnić niektórym, że chociaż dla walczących ateistów Boga nie ma, ale jednak w jakiś sposób dopuszczają jego istnienie. W jaki sposób? Ano starając się nim stać sami. Sami dla siebie, dla swoich bliźnich, a jeszcze lepiej dla całych narodów. Czy myślicie, że Stalin, z pewnością największy zbrodniarz XX wieku, nie wierzył w Boga? Nie wierzył. Ale skoro tak, to dlaczego z nim walczył? A dlatego, że chciał wmówić ludziom, że to on nim jest, bo to on, Stalin, decyduje o losie ludzi, o ich śmierci. I każdego, który w to wątpił, natychmiast skazywano na piekło gułagu, a w przypadku dalszego braku wiary - na śmierć. Sam usłyszałem z ust pewnego "kandydata nauk" (to tytuł naukowy porównywalny z naszym doktoratem), że przed podjęciem ważnej życiowej decyzji stawał w kolejce do mauzoleum na Placu Czerwonym (tak jak katolicy chodzą do kościoła), by w ciszy poradzić się swego boga (Lenina czy Stalina), co ma uczynić. To, że wielu ludzi uznało Stalina za boga niech świadczą tłumy oddające mu cześć w rocznicę jego śmierci czy rocznicę rewolucji październikowej nie wierzące ani w jego zbrodnie, ani w jego iście diabelską przewrotność.

A na ziemi...

Przyjrzyjmy się także drugiej części tego zdania-modlitwy:... a na ziemi pokój ludziom dobrej woli. Nie wiem jak komu, ale mnie natychmiast dopadają wątpliwości. Bo kto to są ci ludzie "dobrej woli"? Kogo do nich zaliczyć? Czy na przykład ludzi z partii, której członkowie uważają się za chrześcijan i demokratów, chociaż postępują, a przede wszystkim gardłują inaczej niż władze kościoła, można nazwać ludźmi "dobrej woli"? Albo ci z drugiej strony sceny politycznej, którzy głośno deklarują się po stronie demokracji, by równocześnie z niej kpić w żywe oczy, bo akurat sprawują władzę? Wreszcie czy iracki dyktator był (a może nawet jest) człowiekiem "dobrej woli", chociaż sam papież tak gorąco do pokoju w Iraku nawoływał? Nie, papieżowi z pewnością nie o tego człowieka chodziło. A jednak nawoływał do pokoju. Dlaczego?

Jedno zdanie. Krótka część modlitwy, a ile budzi wątpliwości. Przedstawiłem je dlatego, aby uzmysłowić sobie (a może też i innym) jakie ciężkie decyzje musi podejmować papież. Jaką odpowiedzialność ponosi i jaką wiedzą musi dysponować, by bezinteresownie (nie tak jak Francuzi, Niemcy czy Rosjanie) domagać się pokoju dla umęczonego przez dyktatora narodu. Jaką siłę trzeba mieć, by na co dzień, w każdej godzinie, w każdej chwili, troskać się o cały świat i to nie tylko chrześcijański.

Dlatego Mu wierzymy, chociaż czasami może się nam wydawać, że nie ma racji. Dlatego też chcemy my, ludzie dobrej woli, by długo żył w zdrowiu i za nas roztrząsał problemy i podejmował decyzje, na które nam często sił nie starcza.

Marek Teschke

2003.05.28